Wypad survivalowy w góry

Wakacje to dobry moment na to aby w końcu porządnie przetestować sprzęt oraz siebie. Tym razem postanowiliśmy wybrać się trochę dalej i na trochę dłużej niż zazwyczaj. Założenia wyprawy były proste jedziemy w góry, korzystamy z tego co mamy w plecakach (łącznie z jedzeniem) a użycie schroniska jest już ostatecznością – w przypadku ekstremalnych warunków pogodowych.

 

Na takich wypadach można przetestować swój zestaw „ucieczkowy”, lub bardziej plecak z wyposażeniem survivalowym bo im dłużej przerabiam temat plecaków ucieczkowych tym bardziej nierealny się on dla mnie wydaje, no ale to może spuentuje jakoś na końcu.

 

Przygotowania

Do wyjazdu przygotowywaliśmy się na jakiś tydzień przed, w tym czasie postanowiłem przygotować swój organizm do tego, że będzie on musiał nosić ze sobą dodatkowe kilogramy – w tym celu wybierałem się na spacery 7-10 km z obciążeniem ok 70-80%. Jak się szybko okazało treningi zweryfikowały iż obecne obuwie nie będzie się nadawać do wyprawy i tak przyszła konieczność zakupienia nowej pary.

Nie mając za dużo czasu, postanowiłem zakupić buty, na które było mnie w tym momencie stać a ich dostępność była natychmiastowa. Wybór padł na buty Buty turystyczne QUECHUA – Forclaz 100 Mid WTP

Jak wiadomo nowe buty na tak długą podróż nie są za dobrym rozwiązaniem, dlatego postanowiłem je rozchodzić przed wyjazdem 3 dni to co prawda nie za dużo czasu ale stwierdziłem, że obuwie sportowe nie wchodzi w grę a wojskowe trepy też nie do końca spiszą się na takiej wyprawie.

Co do samych butów to generalnie jestem zadowolony, cena nie powala z nóg i jak na nowe laczki okazały się całkiem wygodne, to oczywiście nie wystarczyło do tego aby nie narobić sobie w nich odcisków podczas podróży.

 

Plecak

Przy tego typu wyprawach trzeba zabrać ze sobą mnóstwo sprzętu, tym bardziej jeśli chcesz być samowystarczalny w górach. Ja i mój kompan postawiliśmy na zestaw hamak + tarp, tak aby odrobinę zredukować masę.

To jest mniej więcej co trzeba ze sobą zabrać na taką wyprawę, na zdjęciu nie ma śpiwora, hamaku, oraz tarpa i kilku rzeczy na zmianę, które finalnie wylądowały w plecaku.

Jedzenie to bardzo ważny aspekt, zapotrzebowanie kaloryczne przy takim wysiłku może być 2 lub nawet 3 krotnie większe niż normalnie. Dlatego warto złożyć menu wg. własnego pomysłu z uwzględnieniem dużej ilości produktów energetycznych. Część z was zapewne pomyśli to co tam do cholery robią zupki chińskie, skoro mają one po 30 kcal – je stosuję jako baza do przygotowania posiłku, wrzucasz zalewasz wodą i po chwili masz makaron, do którego możesz wrzucić, mięcho, tuńczyka, sos pomidorowy przyprawy itd. To się akurat spisało ponieważ czasami nie mieliśmy czasu bo między jednym deszczem a drugim mieliśmy dosłownie kilkanaście minut.

Do plecaka mam przytroczone dwie zrywane ładownice molle, jedna to apteczka druga to EDC. Ten zestaw sprawdził się bardzo dobrze. Przed wyjazdem trzeba było sprawdzić przede wszystkim apteczkę czy są w niej wszystkie rzeczy i czy przypadkiem coś nie jest przeterminowane.

Tak wyglądał spakowany plecak, który z całym osprzętem ważył notabene 22 kg.

 

Pośpiech

Dzień wyjazdu był już niestety bardziej na wariackich papierach, część sprzętu, który opisywałem wcześniej dojechał do mnie na ostatnią chwilę (bo był pożyczony) i nie miałem czasu nawet go rozpakować wierzyłem na słowo że wszystko jest ok. Przez cały ten pośpiech okazało się że jedna z kluczowych rzeczy na taki wypad nie została zabrana – kurtka sofshell.

Przyznaje się i nie mam nic na swoje usprawiedliwienie, mimo jakiegoś tam doświadczenia był to kardynalny błąd, który jak potem się okazało sporo mnie kosztował. O kurtce przypomniałem sobie dopiero kiedy byliśmy już na miejscu, jednak sam polar i długie spodnie wydawały się być wystarczające, tym bardziej że prognoza pogody była optymistyczna.

 

Podróż

I tak po całym dniu pracy o godzinie 22 wsiedliśmy w samochód i przejechaliśmy +- 500 km pod samo podnóże Gór Izerskich. Przed wyjściem na szlak przespaliśmy się ok. 1,5 godziny w aucie i zamiast wypocząć przynajmniej przez jeden dzień na miejscu, jeszcze działając pod wpływem wysokiej dawki adrenaliny i euforii lekko po 7 rano ruszyliśmy w góry.

Z początku pogoda była całkiem całkiem, temperatura rosła i świeciło słońce, jednak w górach sytuacja zmienia się diametralnie z godziny na godzinę i tak po wejściu na pierwszy szczyt, zaczęło niemiłosiernie wiać a słońce schowało się za chmurami.

W zadaszonym schronieniu postanowiliśmy się przebrać w długie spodnie oraz zjeść i wypić coś ciepłego aby nabrać sił do dalszej wędrówki. To był też pierwszy moment kiedy zmęczenie na prawdę dało o sobie znać.

Z perspektywy wyjazdu nasz brak snu można porównać do konieczności ewakuacji – przecież nie ma pewności kiedy trzeba będzie to robić, raczej mało prawdopodobne jest, że ewakuacja następowałaby po tym jak prześpi się w łóżeczku całą noc. Tak więc dla dobra nauki postanowiliśmy, że do wieczora sprawdzimy jak taki wysiłek fizyczny w połączeniu z niedoborami snu będzie się odbijał na naszym samopoczuciu.

 

Powrót na szlak był ciężki jednak po jakimś czasie dodatkowe kalorie dały nam kolejnego kopa i tak szliśmy dalej. Humory dopisywały a po jakimś czasie wyszliśmy na polankę. Chmury za naszymi plecami niestety zwiastowały załamanie pogody.

 

 

W czasie naszego marszu zastało nas kilka deszczy, które nie dość że skutecznie utrudniały nam podróż, część szlaku zamieniła się w wielkie kałuże, których nie dało się ominąć. Tą jeszcze tak, jednak kilka kolejnych było próbą skoku w dal lub chodzenie po grząskim terenie.

Deszcze dodatkowo powodowały, że cały czas trzeba było się ubierać lub rozbierać w sprzęt przeciwdeszczowy. Tutaj moje poncho okazało się zdecydowanie lepszym rozwiązaniem niż kurtka przeciwdeszczowa, dzięki temu moje spodnie były praktycznie suche.

 

Przez tą właśnie pogodę, obiad był robiony w tempie ekspresowym, mimo wszystko znaleźliśmy niezła miejscówkę nad strumykiem, która dodatkowo pozwoliła nam uzupełnić braki w wodzie.

Tutaj nieźle sprawdziły się zupki błyskawiczne, mój przyjaciel postawił na ryż ten jednak gotuje się zdecydowanie dłużej a nad nami wisiało widmo kolejnej ulewy, na szczęście deszczyk tylko nas postraszył.

Taki posiłek przygotowany własnymi rękoma w terenie, przy użyciu wody ze strumienia smakuje wyśmienicie, dodatkowo jeśli masz dobre menu i umiesz przyrządzić coś ze składników które posiadasz tym lepiej dla Ciebie.

 

Po naszym obiedzie, ruszyliśmy dalej na szlak, jednak pogoda zaczęła się robić co raz gorsza. Była już godzina 16.00 a zmęczenie zaczęło co raz bardziej dawać nam się we znaki dlatego postanowiliśmy, że czas najwyższy rozejrzeć się za miejscem do obozowania.

Przemoczone buty nie zwiastują nic dobrego…

 

W związku z tym, że nie byliśmy pewni co zastaniemy za parę godzin, tym bardziej że dzień wcześniej przez Polskę przeszły nawałnice, które spowodowały nie lada zniszczenia i zebrały śmiertelne żniwo. Postanowiliśmy, że wrócimy parę kilometrów i miejsca na obóz poszukamy w sensownej odległości od schroniska tak aby na wszelki wypadek mieć plan awaryjny.

Znaleźliśmy całkiem przyzwoite miejsce, gdzie rozbiliśmy nasz obóz, w głębi lasu a do szlaku mieliśmy jakieś 400 metrów. Ponadto osłonięci przez drzewa mieliśmy dobrą ochronę przed wiatrem i deszczem. Czego nie mogli powiedzieć ludzie, którzy rozbili namioty koło schroniska na polanie. Wracając następnego dnia widzieliśmy to na ich twarzach.

Baba Yaga

Hej! Nie spisz? Teraz już nie….

 

Jak zawsze było śmiesznie w szczególności po takim zmęczeniu, jednak w nocy temperatura zaczęła bardzo szybko spadać i po 3 w nocy zrobiło się na prawdę zimno – było widać oddech co oznacza, że było ok. 5 st. Celsjusza. Czułem że mój letni śpiwór przestaje działać a brak kurtki zaczął doskwierać co raz mocniej. Walcząc o temperaturę skorzystałem z folii NRC z mojej apteczki dodatkowo wspomagając się herbatką.

Mimo iż folia NRC to całkiem niezły wynalazek to ma jeden mankament poza temperaturą izoluje też parę wodną i tak trzeba znaleźć kompromis między utrzymaniem ciepłoty ciała a nie zapoceniem się, mokra bielizna może zagwarantować nam późniejszą chorobę.

O poranku zrobiło się trochę cieplej i była okazja przespać się jeszcze kilka godzin. Zaskakujące dla nas było to, że w nocy nie słyszeliśmy praktycznie nic, była totalna cisza w lesie. Przeważnie słychać nocne ptaki lub poruszające się w dali zwierzęta, nawet dla nas było to zaskakujące. Mimo niskiej temperatury była to jedna z lepszych nocek w lesie.

Wschód słońca oraz unosząca się mgła dawały mega klimat. To jest moja fotka z tej wyprawy.

 

Po zjedzonym śniadaniu i spakowaniu obozu ruszyliśmy dalej w drogę. Tutaj bardzo ważna rzecz, w lesie jesteśmy gośćmi dlatego bardzo ważne jest aby nasza wizyta nie pozostawiła śladu w naturze. Na takie wyprawy należy mieć worki na śmieci i spakować wszystkie rzeczy i wyrzucić do śmietnika.

Jeśli jesteście w takim miejscu warto powstrzymać się od palenia ogniska, ognisko najlepiej palić w miejscach do tego wyznaczonych. Ponadto jeśli spotkacie leśniczego to za biwakowanie co najwyżej każde wam się spakować, natomiast ognisko może się skończyć słonym mandatem.

Jeśli kochacie naturę tak jak my, to należy ja w pierwszą kolej szanować.

 

Następnego dnia ruszyliśmy dalej na szlak, przez kilka następnych godzin mieliśmy relatywnie dobrą pogodę, którą postanowiliśmy wykorzystać do przejścia możliwie najdłuższego dystansu.

Po drodze znaleźliśmy źródło wody, które posłużyło nam do napełnienia naszych manierek. Taką wodę można spokojnie pić bez zagotowania – my piliśmy i żyjemy 🙂

I kolejne lajtowe góreczki

Po przejściu ok 12 km postanowiliśmy przygotować sobie konkretny obiad, każdy z nas ma swoje preferencje kulinarne jednak po raz kolejny uczta mimo iż wykonana ze skromnych składników smakowała wyjątkowo.

Wycieczka po górach była bardzo udana jednak jej zakończenie było już mniej przyjemne. Z powodu nowych butów na bardzo długich i stromych zejściach zniszczyłem swoje nogi, co spowodowało że dalsza podróż była bardzo bolesna. To oczywiście nie spowodowało, że nagle znaleźliśmy się przy samochodzie tylko musieliśmy do niego dość jeszcze dobry kawał drogi.

Mimo wszystko wyjazd można uznać za udany mimo iż zakończył się on trochę przedwcześnie.

 

Podsumowując

Kolejny wypad surivialowy, tym razem w zupełnie inne rejony Polski, był świetną przygodą i możliwością przetestowania nowego sprzętu, swoich umiejętności a przede wszystkim przeanalizowania co działa a co nie.

Jak zawsze w takich wyjazdach największą uwagę zwracamy na to co poszło nie tak i gdzie popełniliśmy błędy. Niestety tym razem był to pośpiech oraz zbytnia euforia ale także czynniki odrobinę niezależne od nas jak pogoda, która dała nam nieźle popalić.

 

Patrząc na to z perspektywy przygotowań, zaczynam stwierdzać, że nie ma idealnego rozwiązania na plecak survivalowy czy jak kto woli ucieczkowy. Ponadto przygotowanie uniwersalnego zestawu ucieczkowego jest praktycznie niemożliwe, sprzęt na tą wyprawę przygotowywałem przez 5 dni cały czas coś zmieniając, modyfikując itd. To wszystko robiłem w oparciu o bardzo wiele czynników jak np. gdzie jadę, na jak długo, jaka będzie mniej więcej pogoda itd.

Jest cienka linia między zbieraniną przypadkowych rzeczy w plecaku a dobrym zestawem survivalowym, to bez odpowiedniego przygotowania,sprzętu, logistyki i doświadczenia jest praktycznie niemożliwe. Zestaw który mógłby leżeć w szafie i być tylko wyciągnięty na godzinę W, w dużej mierze byłby mało użyteczny, bo wyposażenie zmienia się w raz z porą roku, miejscem ewakuacji, terenem jaki mamy przebyć itd.

Plecak ucieczkowy / survivalowy niestety ale przygotowuje się pod konkretną „misję” i tutaj maksyma że jeśli coś jest do wszystkiego to jest do niczego sprawdza się najlepiej…

Chyba najbardziej istotnym aspektem całej podróży było przygotowanie fizyczne, bez niego nie dalibyśmy rady. Zachęcam do jakiejkolwiek aktywności fizycznej a przed takim wyjazdem odpowiedniego przygotowania swojego organizmu chociażby w postaci treningu z plecakiem, to z pewnością opłaci się w trakcie samej wyprawy i zredukuje ilość obolałych mięśni…

 

Ten wypad niewątpliwie odpowiedział nam na kilka pytań, które postaram się w przyszłości opisać na tym blogu.

A wszystkich świeżych i tych bardziej doświadczonych survivalowców i prepersów zachęcam do przeżywania przygód na łonie natury…

 

 

 

7 Replies to “Wypad survivalowy w góry”

  1. Mam pytanko o ilość ciuchów zabranych na tego typu wypad. Dodatkowe spodnie, polar, t-shirty, bielizna… wszystko to zajmuje sporo miejsca „na garbie”. Jak się przygotowaliście do wyprawy od tej strony?

    Pozdrawiam

    Ps. Duży plus za sprzątanie po sobie i nie zostawianie śmieci w lesie 🙂 Niby sprawa oczywista a jednak nie dla każdego…

    1. Niestety trochę to zajmuje, waży niedużo ale lepiej to nosić niż nie mieć jak w przypadku kurtki co potem spowodowało że w nocy było bardzo zimno. Zestaw długich spodni, 2 t-shirtów, 2 pary gaci, skarpet miałem ok 6 par to wszystko w worku kompresyjnym, wiec jak się dobrze uciśnie nie ma takiej tragedii.

      Z tym sprzątaniem lasu to moim zdaniem obowiązek i też przykra prawda. Niestety ludzie to największe świnie, często sami zbieramy śmieci innych po drodze bo niektórzy (co doprowadza mnie do szewskiej pasji) nie mają rączek aby donieść do śmietnika.

      1. Prawdziwa plaga z tymi świniami w lesie niestety…. Jak spaceruję po okolicznych kaszubskich lasach, czy też Trójmiejskim Parku, to tam również co kawałek widać ślady bytności tzw. „ludzi” 🙁

        Relacja super, fajnie że masz z kim realizować takie wypady. Czytając wnikliwie dochodzę do wniosku, że najważniejsze są buty… 😉

        Pozdrawiam i czekam niecierpliwie na kolejny wpis na blogu.
        Bart

  2. Jak na takich wypadach sprawdza się czajnik typu wulkan (z rusztem umożliwiającym podgrzanie posiłku)?
    Jest dużo lżejszy od butli z gazem i nie ma obawy, że skończy się paliwo 😉
    Ale jak w praktyce to wygląda? Testowaliście go kiedykolwiek?

    P.S. A może zamiast zupek i słodyczy spróbować przeżyć na tym co się znajdzie w lesie – owoce, grzyby, ryby? 😉 Panowie próbowali? 😉

    Pozdrawiam i również chylę czoła za sprzątanie lasu po sobie i nie tylko…
    Justyna

    1. Rozumiem, że chodzi o Kelly Kettle – nie testowaliśmy. Warunki pogodowe jakie mieliśmy (przelotne deszcze co 20-30 min) powodowały, że wszystko było mokre rozbujanie ognia, zagotowanie wody, trwałoby nieporównywalnie więcej czasu, w niektórych momentach byłoby praktycznie niemożliwe. Kartusz z gazem nie jest taki ciężki i w moim przypadku mieści się do kubka, tak więc jest to bardzo kompaktowy zestaw, skręcasz, odpalasz, masz ogień i gotujesz a nie walczysz z różnym skutkiem. Pojedliśmy trochę jagód po drodze, od grzybów trzymam się z daleka – nie znam się na nich, poza smakiem grzyby nie mają praktycznie wartości kalorycznej (łatwiej się otruć niż najeść). Łowić ryby tak ale to też wymaga czasu a powodzenie czy złapiesz coś aby się najeść bywają różne.

  3. Autorze… trochę z innej beczki… ale ciekawi mnie bardzo….
    Nie posługujesz się imieniem ani żadną ksywką na blogu ze względu na bezpieczeństwo?

    1. Nie martwię się o swoje bezpieczeństwo. Po prostu nie czuję się godny internetowego fejmu 🙂

Pozostaw odpowiedź Autor Anuluj pisanie odpowiedzi